Zło, które drzemie w człowieku – recenzja książki „Władca Much” Williama Goldinga

To dość osobliwe dzieło – szczególnie dla kogoś, kto lubi powieści, w których od początku do końca coś się dzieje. Po przeczytaniu pierwszych 50 stron tej książki można mieć jeszcze nadzieję na jakiś gwałtowny zwrot akcji, który przyciągnie naszą uwagę na tyle, że do samego końca nie będziemy w stanie oderwać się od lektury. Jednak po kolejnych 50 stronach nadzieja ta zaczyna powoli słabnąć, aż wreszcie pod koniec książki umiera. Z wrodzonej grzeczności i nabytego szacunku dla autora, nota bene noblisty, doczytujemy powieść do końca, a czas jej poświęcony uznajemy za stracony. Chyba że… znajdziemy w tej historii jakieś „drugie dno”. Wówczas, zupełnie przez przypadek, możemy dojść do wniosku, że oto przeczytaliśmy książkę wybitną.

„Co lepsze, prawo i ocalenie czy polowanie i niszczenie?”

Akcja powieści Williama Goldinga rozgrywa się na bezludnej wyspie, na którą w wyniku katastrofy lotniczej trafia grupa chłopców. Żaden dorosły nie ocalał, dlatego chłopcy są zdani tylko i wyłącznie na siebie. Wybierają spośród siebie wodza, który bardzo szybko zauważa, że jedyną szansą na ich ratunek jest grupowa współpraca i działanie zgodne z ustalonym prawem. Próba zbudowania jakiegokolwiek ładu staje się jednak katastrofalna w skutkach. W swym funkcjonowaniu chłopcy schodzą do najniższych żądz i instynktów, w których decydującym argumentem jest przemoc, siła i łamanie wszelkich praw.

„Nożem zwierza! Ciach po gardle! Tryska krew! Ukatrupić!”

No dobrze. Po wyspie biega grupa łobuzów, którzy chodzą na polowania i zabijają (póki co tylko i wyłącznie) świnie. Od czasu do czasu jeden z chłopców rzuca kamieniem w drugiego, celowo nie trafiając (również póki co), a oprócz tego zdarza im się wyśmiewać słabszych i całkowicie ignorować polecenia wodza. Później to wszystko zaczyna przybierać bardziej skrajną formę. W międzyczasie na wyspie pojawia się jakiś potwór/zjawa/straszydło, zwany przez dzieci pieszczotliwie „zwierzem”, którego wszyscy się boją, ale który tak naprawdę nie istnieje. Kogo porwie taka historia? Mnie na pewno nie.

„Najlepiej dowiedzmy się, jak się wszyscy nazywają…”

Przyznam szczerze, że jedyną rzeczą, jaka mnie zaintrygowała podczas czytania, było zupełnie niespodziewane pojawienie się w pewnym momencie powieści osoby o wdzięcznym imieniu „Samieryk”. W oceanie normalnie brzmiących Ralfów, Jacków, Robertów i Simonów nazwa ta brzmiała tak idiotycznie, że nie sposób było nie zwątpić, że takie imię naprawdę funkcjonuje. Dopiero później przypomniało mi się, że na samym początku książki była jakaś wzmianka o bliźniakach – Samie i Eryku – a autor po prostu „zrobił” z nich jedną osobę: „Samieryk idzie”, „Samieryk wziął”, „Gdzie jest Samieryk?”. Nie mogłam powstrzymać się przed sprawdzeniem, czy imię to w oryginalnej wersji powieści brzmi równie frapująco, jak w tłumaczeniu. I oto w oryginale mamy skrót od „Sam and Eric”, czyli… „Samneric”. Tak! Byłam oszołomiona.

„Kiedy powódź światła spływała bardziej prostopadle, jaskrawy poranek przybierał perłowe opalizujące barwy…”

Imię jak imię. Po co ta ironia? Chyba ku przestrodze, że jeśli chcemy brać tę powieść dosłownie, to naprawdę nic ciekawszego w niej nie znajdziemy. Choć książka nie jest gruba, to jednak znajduje się tu sporo opisów przyrody, do których mam awersję od podstawówki (lektura „W pustyni i w puszczy” – jak zresztą innych wiekopomnych dzieł Sienkiewicza – była dla mnie doświadczeniem nadzwyczaj bolesnym). Oprócz tego ciągłe bieganie za świniami, kłótnie chłopców i obecność zwierza, którego tak naprawdę nie ma, daje efekt taki, że zaczynamy sobie wmawiać, że ta książka MUSI mieć jakieś metaforyczne znaczenie – bo inaczej trzeba by było przed samym sobą przyznać, że czytając ją, bezmyślnie zmarnowaliśmy czas.

Jak się szczęśliwie okazuje, cała siła tej powieści drzemie w licznych symbolach i alegoriach. Jednym z najciekawszych sposobów interpretacji tego dzieła jest odczytanie go jako metafory biblijnej historii zbawienia. Wtedy każde z pozoru mało ważne zachowanie chłopców zaczyna zyskiwać na znaczeniu. Co więcej, nawet umieszczenie w powieści zwierza, którego nie ma, ma głęboki sens. Dopiero po starannym przemyśleniu poszczególnych sytuacji i poczynań bohaterów możemy dojść do wniosku, że jest to powieść z górnej półki. To książka godna polecenia, ale wyłącznie dla tych, którzy lubią czytać pomiędzy wierszami.

Autor: Dagmara Kottke

Zobacz więcej

Bażant

Bażant

Co się dzieje w Campusie Majdanek, wie nasz Bażant.