Śpiewać każdy może…?

Fot: Dziennik Zachodni

Fot: Dziennik Zachodni

W skali całego społeczeństwa, Polacy traktują muzykę raczej jako formę rozrywki, niż rodzaj sztuki. Słuchają najczęściej tego, co zaproponuje im radio, a więc raczej nie można stwierdzić, iż kierują się wykształconym gustem muzycznym. Czy winę ponoszą oni? Czy może po części także program nauczania muzyki w polskich placówkach edukacyjnych?

Polski poziom szkolnictwa jeszcze kilka dekad, a nawet kilkanaście lat temu, był uważany za jeden z najwyższych, przynajmniej w skali europejskiej. A sądząc po ilości naukowców, a także ludzi sukcesu innych dziedzin, o polskich korzeniach, pracujących chociażby w Stanach Zjednoczonych, można wnioskować, że także na świecie. Od jakiegoś czasu słyszy się jednak coraz powszechniejsze i częstsze głosy narzekań, a także alarmy o tym, jakoby edukacja w Polsce po równi pochyłej coraz bardziej zbliżała się do dna. I chociaż najbardziej w oczy rzucają się oczywiście braki w podstawowych szkolnych przedmiotach takich jak: matematyka, język polski (którym coraz więcej osób nie potrafi się poprawnie posługiwać), czy historia, to warto zwrócić też uwagę na rzeczy, chciałoby się rzec, bardziej przyziemne.

Lekcje takie jak plastyka, czy muzyka z reguły traktowane są przez uczniów jako czterdziestopięciominutowa przerwa. To wprawdzie dobrze, że zajęcia owe wywołują w młodych ludziach pozytywne skojarzenia, że dają wytchnienie pomiędzy bardziej męczącymi przedmiotami. Istnieje jednak cienka granica pomiędzy wytchnieniem, a nudą, która spowalniając pracę zegara, nieuchronnie prowadzi do zniechęcenia.

Pamiętam, jak to kilkanaście lat temu wyglądały moje własne lekcje muzyki. W ich zakres wchodziło zapoznanie się z podstawowymi informacjami na temat zapisu oraz wartości nut, nauka rozmaitych piosenek, co jakiś czas prezentacja instrumentu. Sporadycznie zdarzały się ćwiczenia, mające na celu jakąkolwiek naukę interpretacji utworów muzycznych, np. stworzenie rysunku, inspirowanego puszczoną w tle melodią. Osobiście, miałem o tyle szczęścia, iż w szkole podstawowej trafiłem na nauczyciela, który był pasjonatem zarówno sztuki plastycznej, jak i muzycznej. Niejednokrotnie przechadzał się między ławkami, grając na skrzypcach melodie znane nam z dobranocek, a piosenki, których nas uczył, akompaniował na żywo na zdezelowanym fortepianie, stojącym w kącie sali. Niemal na każdej lekcji coś klasowo śpiewaliśmy, a za największe dobrodziejstwo owych zajęć uważam zapoznawanie najmłodszych z treściami pieśni patriotycznych. Te jakimś cudem są w Polakach wciąż jeszcze żywe i darzone szacunkiem.

Jeśli chodzi o wychowanie muzyczne w gimnazjum, to kojarzy mi się ono z nieudolną próbą podjęcia tematów nieco poważniejszych wśród dzieci, które mają to głęboko w poważaniu. Są zbyt zachłyśnięte swoją dojrzałością, zmianą otoczenia i wstępowaniem na wyżyny intelektualne kolejnego po podstawówce etapu swej ścieżki edukacyjnej. I pomimo, że nauczyciel, czy jak to było w moim przypadku – nauczycielka – starała się przekazać choćby najmniejszą cząsteczkę wiedzy z zakresu swojej pasji, to w przypadku ogromnej większości uczniów kończyło się to lekceważeniem, szukaniem ciekawszych zajęć, by czas pozostały do dzwonka upływał prędzej. Zdarzały się wprawdzie lekcje, na których koledzy z klasy prezentowali własne gusta i zainteresowania muzyczne. I zdaje się, że to te zajęcia najlepiej przemawiały do rówieśniczych słuchaczy. Ale były to sporadyczne przypadki. Natomiast jaki obraz szkolnej edukacji muzycznej pozostał w mojej głowie? Do dzisiaj pamiętam poruszenie przed każdym sprawdzianem, kiedy to porównywało się swoje ściągi, ustalając przede wszystkim, czy zrobiło się je z odpowiedniego zakresu materiału.

Dzisiaj, z perspektywy czasu, patrzę na to oczywiście zupełnie inaczej. To dobrze, że w szkołach wciąż mają swoje pięć minut ludzie zakochani w sztuce. Powinno się podejmować próby zaszczepiania w najmłodszych bakcyla plastycznego i muzycznego. Zapoznawać z podstawowymi pojęciami, zarysowywać sylwetki wielkich twórców. Uczyć interpretacji ich dzieł oraz dawać szanse obycia się z podobnymi kategoriami, choćby w śladowym stopniu. Pojawia się jednak pytanie, czy zbyt wczesne poruszanie zagadnień, które dla młodych ludzi mogą wydać się nieinteresujące, nie poskutkuje masowym zniechęceniem? Czy jakakolwiek reforma w programie nauczania, nie dałaby w perspektywie przyszłych kilkunastu lat zmiany nastawienia Polaków do muzyki?

Trzeba zwrócić uwagę, że czasy się zmieniły, młodzież wymaga coraz większego zaangażowania pedagoga, aby utrzymać jej uwagę i zainteresowanie. Dzieci, idące współcześnie do szkoły, są pokoleniem elektroniki. Słyszy się głosy, że one rodzą się już ze zdolnością obsługi laptopa czy tabletu. Dlaczego więc miałyby z uwagą słuchać nauczyciela, rysującego na tablicy nutki lub opowiadającego o fudze czy polifonii, skoro mogą w tym czasie posłuchać muzyki ze smartfona otrzymanego z okazji Pierwszej Komunii? Być może nie ma sensu edukowanie w zakresie teorii i zachwycania się kompozycjami klasyków wśród nastolatków. Muzyka klasyczna to swego rodzaju nisza, którą przesiąkną i zachwycą się nieliczni. Spośród całej klasy dzieci, w przyszłości do filharmonii wybierze się zapewne maksymalnie kilkoro (choć tutaj można by próbować doszukiwać się przyczyny także w wygórowanych cenach biletów).

Nie mówię, aby podobne tematy pomijać zupełnie. Gust młodego człowieka także trzeba w pewien sposób kształtować. Brak tego kształtowania widać natomiast najlepiej po tym, jak wielką popularnością cieszy się w Polsce disco polo i robiące w ostatnich miesiącach furorę radio VOX FM, które na antenie zastąpiło, notabene, Eskę Rock. Jeśli nie chcieć popadać w takie skrajności, spójrzmy na szerszą polską scenę muzyczną. W radiu słyszymy albo pokolenie Grzegorza Markowskiego, który chyba jednak nie wie, „kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, albo generację jego córki, której jedynym talentem, w moim odczuciu, jest sława ojca. Istnieją wprawdzie zespoły, artyści, którymi Polska by się nie powstydziła. Jednak żeby je odnaleźć, trzeba niejednokrotnie przekopać internet. Promuje się natomiast, z całym szacunkiem dla nich, gwiazdki typu Sylwia Grzeszczak, Doda i Feel.

Patrząc wstecz, z przykrością muszę stwierdzić, iż edukacja muzyczna, która może przynieść jakiekolwiek pozytywne efekty, rozpoczyna się w przedszkolu, a kończy na szkole podstawowej. To tam ćwiczy się w pewnym stopniu poczucie rytmu, uczy się śpiewu, a nawet podstaw tańca. Tam pokazuje się instrumenty i wpaja wrażliwość na muzykę oraz zawarte w niej treści. Tam młody człowiek dostaje cień szansy, aby w przyszłości mieć chęć i zdolność do grania, śpiewania, muzycznej ekspresji. Nie da się jednak zbudować w człowieku trwałego zamiłowania do muzyki, jeśli kończy się je umacniać na etapie kilkulatka.

Czym skutkuje taka świadomość muzyczna w społeczeństwie polskim? Owszem, śpiewamy i to czasami już po pierwszej flaszce. Gramy? Na szczęście coraz więcej, nie zmienia to jednak faktu, że instrumenty i akcesoria muzyczne to wciąż bardzo droga zabawa na rynku polskim. Żeby się natomiast jak najszybciej dorobić, najprościej jest grać chałturę. Więc może słuchamy? Mimo że w ostatnich latach Polska nieco podniosła poziom festiwali, to nadal idziemy na juwenalia, aby wypić piwo przy tym samym repertuarze, co rok temu. A co do tańca? No przecież „ona tu jest i tańczy dla nas”.

Jan Brzeziński

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.