Sołżenicyn – lustro rosyjskiej duszy

Rosyjski noblista Aleksander Sołżenicyn

Foto. www.vorotila.ru

Człowiek, który przeżył GUŁag i chorobę nowotworową. Człowiek, który stał się symbolem, głosem sprzeciwu wobec komunistycznego terroru. Aleksander Sołżenicyn, brodaty prorok – pisarz, nazywany lustrem rosyjskiej duszy, znów pojawia się na ustach wielu. Lecz tym razem nie po to, by stać się sumieniem kraju, lecz by przypomnieć o swojej wizji Wielkiej Rosji.

Aleksander Sołżenicyn w roku 1973 utracił obywatelstwo Związku Radzieckiego i udał się na emigrację. Powodem tego była jego twórczość, uznana za czasów Breżniewa za szkodliwą i antykomunistyczną. I trudno stwierdzić, że była inna. W „Oddziale chorych na raka”, „Kręgu pierwszym” czy w „Archipelagu GUŁag” Sołżenicyn ukazywał okrucieństwa radzieckiego totalitaryzmu. Krytykował ustrój, porównując go do bezdusznej umieralni. Pokazywał intelektualne i moralne zepsucie rządzących. Przez intelektualistów uznawany był za buntownika, pisarza – proroka. Domagał się całkowitego zniesienia cenzury. Jego utwory, nielegalnie publikowane w ojczyźnie i wielkim wysiłkiem wydawane za granicą stawiały w najgorszym świetle wpierw rząd Chruszczowa a potem ekipę Breżniewa. Nic więc dziwnego, że uznano go za wroga.

Nie został jednak skazany na okrutną tułaczkę. Zachód czekał na niego z otwartymi ramionami. Trzy lata przed opuszczeniem przez Sołżenicyna ZSRR przyznano mu literacką Nagrodę Nobla za „siłę moralną, zaczerpniętą z tradycji wielkiej literatury rosyjskiej”. Wszystko, co napisał i co zdołało przedostać się przez żelazną kurtynę było publikowane. Był uważany za krzewiciela prawdy, wroga komunistów i prawdziwego artystę pióra. Zachód kochał Sołżenicyna.

Jednak Sołżenicyn nigdy nie pokochał Zachodu. Mimo tego, że jego wykształcona matka od najmłodszych lat wprowadzała go w arkany literatury, edukacja, którą otrzymał, była nasiąknięta materializmem dialektycznym i komunistycznymi wartościami. W swoim sprzeciwie przeciwko systemowi skierował się ku przedrewolucyjnemu słowianofilstwu, mesjanizmowi i nacjonalizmowi, które to trwały w tradycji literackiej Aleksieja Chomiakowa czy Fiodora Dostojewskiego. Zachód uważał za zepsuty, słaby i bliski poddaniu się idei komunistycznej. Demokracja w europejskim wydaniu była dla niego czymś obcym, czymś co nie spełniało swojej roli i spełnić jej nie mogło. Francja była dla niego gnuśna, Stany Zjednoczone poddawały się moralnemu relatywizmowi i konsumpcjonizmowi. Przez tych, którzy go przyjęli nazywany był „samotnikiem z Vermontu”. Alienował się od krajanów, z którymi dzielił los. Był jednym z tych emigrantów, dla których „uczenie się obcego języka stanowi rodzaj zdrady języka rosyjskiego w tej mierze w jakiej ten język posiadał zawsze moc magiczną – zdradę Rosji”.1 Z własnej woli odcięty od kultury zachodniej nigdy jej nie poznał, a często się o niej wypowiadał.

Sołżenicyn odrzucił komunizm, lecz nigdy nie wyrzekł się swojego kraju. Idealizował Rosję i przypisywał jej mesjanistyczną rolę. Po przejściach w GUŁagu i po wyrzuceniu z kraju potrafił stwierdzić, że jednak na zachodzie współczynnik przestępczości jest większy i panuje tam okropne zepsucie.

Więc jaką Rosję kochał, jakiej pragnął?

Nigdy nie wrócił do literackiej świetności, jaką osiągnął w „Archipelagu” czy „Jednym dniu z życia Iwana Denisewicza”. Nigdy nie udało mu się już połączyć wspaniałego stylu, jaki charakteryzował jego wcześniejsze dzieła, z dobitnie ukazaną prawdą historyczną. Z biegiem czasu ta historyczna dokładność zaczęła spełniać u niego coraz większą rolę. Twierdził, że relacji o tym, co było nie może przesłaniać nic, nawet jeżeli musi ucierpieć na tym literacki kunszt. Nie tylko styl, ale także treść zdawała się tracić sporo blasku. Jego opowieści i niejasne pomysły na przyszłość kraju z okresu powrotu z emigracji wydają się czasem mętne, nieprezycyjne. Technika węzłów, która tak wspaniale nadawała się do ukazania totalitarnego piekła ZSRR zawodziła coraz mocniej. Może z winy pisarza, może po prostu spełniła już swoją rolę. Jednak wciąż wiele jest powodów, by przyjrzeć się późniejszej twórczości Sołżenicyna. Jednym z nich są wizje i marzenia o Rosji, jakie snuje pisarz – prorok.

Demokracja, którą krytykował, była demokracją wielkich partii, bronił zaś tej, która była rządami konkretnych ludzi. Wierzył w rolę jednostki, sam twierdził, że komunizm skończył się w Rosji wraz z wydaniem „Archipelagu GUŁag”. Tam, gdzie jednostka traci rolę, pojawia się machina, pojawiają się „czerwone koła”. Ideałem były dla niego bezpośrednie formy uczestniczenia w życiu politycznym – z dużą dozą sympatii wypowiadał się o systemie panującym w Szwajcarii.

Źródła przejęcia władzy przez komunistyczny totalitaryzm nie szukał ani w cechach specyficznych rosyjskiej duszy, ani w wydumanej historiozofii i nieuniknionym następstwie rzeczy. Jego zdaniem tam, gdzie pojawia się słabość, tam wykwita komunizm. Przed tym ostrzegał Zachód. Słabość Rosji, jak mówił, w czasach rewolucji była spowodowana dwoma czynnikami. Była z jednej stronny osłabiona przez czynniki zewnętrzne, czyli wojny XIX w., z drugiej zaś strony kraj stał się zgnuśniały wewnętrznie, leniwy i niezdolny do działania. Słabość uważał za jedno z największych zagrożeń. Dlatego tak często w swojej późniejszej twórczości podkreślał ważność siły. W drugim tomie „Czerwonych Kół” pokazuje ideał silnego władcy, który powinien stanąć na czele Rosji. Jako wzór podaje Piotra Stołypina, ministra spraw wewnętrznych i premiera za panowania cara Mikołaja II. Ta kontrowersyjna postać, dziś ciesząca się wielkim szacunkiem wśród rosyjskich nacjonalistów, wsławiła się krwawym tłumieniem rewolucji, mocnymi decyzjami politycznymi, takimi jak rozwiązanie Dumy, ale również dążeniem do modernizacji państwa. Za takiego silnego człowieka uważał także obecnego prezydenta Rosji, Władimira Putina. Był on pierwszym politykiem, którego Sołżenicyn nie krytykował, wyrażał się o nim wręcz w samych superlatywach. Zachwycał się jego inteligencją, chartem ducha, twierdząc, że zajął się on polityką z poczucia obowiązku a nie dla korzyści majątkowych. W ostatnim udzielonym wywiedzie powiedział „Putin przejął kraj splądrowany i wytrącony całkowicie z równowagi. Jego ludność była w znacznej części pozbawiona odwagi i zubożała. Postanowił zrobić to, co było możliwe – a możliwa była powolna, stopniowa odbudowa. Nie od razu dostrzeżono te wysiłki i wcale ich nie doceniano”.2

Sołżenicyn marzył o Wielkiej Rosji. Choć jeszcze przed rozpadem ZSRR optował za tym, by Zakaukazie i republiki azjatyckie mogły się odłączyć, to całkiem inaczej zapatrywał się na sprawę Ukrainy i Białorusi. Panslawistyczne wizje zapewne towarzyszyły mu, gdy w manifeście „Jak odbudować Rosję” pisał „przecież naród nasz podzielił się na trzy odgałęzienia dopiero w wyniku straszliwego kataklizmu, jakim był najazd mongolski, i polskiej kolonizacji”.3 Argumentował, wskazując na wysoki odsetek ludności rosyjskiej na Ukrainie, na sztuczne podziały i wspólną historię. Niepodległościowe dążenia Ukraińców uważał za nieprawdziwe i nie mające poparcia wśród ludu. Manifest ten, jak niestety większość późniejszych dzieł Głosiciela Prawdy, jest dość mglisty. Sam autor na początku zapowiada, że praca ta jest jedynie próbą znalezienia drogi przez kogoś, kto wielu rzeczy nie wie.

W ostatnich latach często oskarżano go o niebezpieczny nacjonalizm i antysemityzm a także o bycie cichym zwolennikiem powrotu do monarchii. Trudno z pewnością stwierdzić, czy oskarżenia te są prawdziwe. Oskarżenia o antysemityzm wiązały się z jego książką „Dwieście lat razem”, która opisywała dwa stulecia wspólnego istnienia narodu rosyjskiego i żydowskiego. Wskazywał tam na udział Żydów w służbach bezpieczeństwa i zbrodniach, jednak nie była to demonizacja narodu (był to przecież pisarz, który popierał utworzenie państwa Izrael) jak sam pisał „Nigdy nie wyciągałem ogólnych wniosków na temat ludzi. Zawsze będę rozróżniał między różnymi grupami Żydów. Jedna warstwa rzuciła się w rewolucję. Druga przeciwnie, starała się pozostać na boku”4. Zaś jego poparcie dla silnej władzy i panslawistyczne zapatrywania łączyć trzeba raczej ze strachem przed słabością i powtórzeniem błędów niż z chorym nacjonalizmem. Należy pamiętać także, że nigdy nie wyzbył się niechęci i dystansu do kultury Zachodu. Mimo ignorowania wielu faktów dotyczących stosunków Rosji z Ukrainą i Białorusią nie można oskarżyć go o zakusy imperialistyczne. Jego poglądy zmieniały się na przestrzeni życia. Im bardziej zbliżał się do końca, tym ostrzejsze były, bardziej skrajne. Patrząc na to „co Sołżenicyn myślał” należy zawsze wziąć pod uwagę kiedy to myślał.

Wiele osób krytykowało go także za religijną ortodoksyjność. Już w „Archipelagu” mamy do czynienia z szacunkiem, a nawet podziwem, którym autor obdarzał tych, którzy mimo nacisków systemu pozostali wierni swojej wierze. Był osobą mocno wierzącą, co mocno podkreślał po powrocie od kraju. Wiarę zaszczepiła mu matka, jeszcze w latach młodości. W Cerkwi widział element dający ludziom siłę, spajający społeczeństwo i jakże ważny dla kraju. W ateizmie doszukiwał się przyczyny całego zła, jakie spadło w XX w. na Rosję. „Człowiek zapomniał o Bogu. Dlatego to wszystko się wydarzyło”.5

W związku z ostatnimi wydarzeniami na Ukrainie znów wyciąga się Sołżenicyna, żeby postawić go na wiecznym piedestale pisarza – proroka. Jak oliwa wypływa ten wielki pisarz zawsze gdy coś się w Rosji dzieje. Czyż na naszych oczach nie spełnia się wizja Wielkiej Rosji, którą głosił Sołżenicyn? Czyż nie spełnia jej ten, którego pisarz tak mocno chwalił? W ostatnich latach życia autor „Archipelagu” spotykał się z Putinem, odebrał od niego medal, a teraz jego książki pojawiły się na liście lektur obowiązkowych w Rosji. Peter Eltsov i Klaus Larres, amerykańscy politolodzy twierdzą, że to, co opisane zostało w manifeście „Jak odbudować Rosję” spełnia się na naszych oczach.6 Jednak wizja Sołżenicyna była wizją, która opierała się na wierze we wspólnotę Ukrainy, Białorusi i Rosji, pragnął łączenie, a nie przejmowania. Miała to być wspólnota dusz, a nie grabienie ziemi. Głęboko wierzył w wolność i rolę jednostki. Z bólem przyjął usunięcie mandatów bezpośrednich, które nastąpiło po tragedii w Biesłanie. Polityka Putina zdaje się daleka ideom panslawistycznym i słowianofilskim, którym hołdował rosyjski noblista. Jeszcze jedno pytanie przychodzi do głowy. Czy teraz Aleksander Sołżenicyn przyjąłby od Władimira Putina medal, którego nie chciał wziąć z rąk Jelcyna?

1. Alain Besançon, Sołżenicyn i Zachód ; Sowiecka teraźniejszość i rosyjska przeszłość, Warszawa 1981, s. 6.
2. http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=981&Itemid=56.
3. Aleksander Sołżenicyn, Jak odbudować Rosję?, Kraków 1991, s. 11.
4. Nick Paton Walsh, Solzhenitsyn breaks last taboo of the revolution , „The Guardian”, 25/01/2003.
5. Edward E. Ericson, Solzhenitsyn – Voice from the Gulag, 1985, s. 24.
6. http://www.newrepublic.com/article/116965/putins-next-targets-eastern-ukraine-and-northern-kazakhstan.

Stanisław Michałowski

 

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.

Comment (1)

  1. Pingback: camisetas de futbol

Comments are closed.