Gdzie słowa znalazły swój dom

Studia to czas odkrywania. Wyszukiwania i zwiedzania nietuzinkowych miejsc. Absolutnie wyjątkowych. Jedno z takich miejsc, odwiedzili nasi studenci z dr. hab. Dariuszem Wadowskim w ramach zajęć z dziennikarstwa historycznego. Padło dużo słów. Wszak byli w „Domu słów”. Co to za miejsce? Zobaczcie relację Pawła Andrukiewicza, jednego z uczestników.

Na rogu ulic Żmigrodzkiej i Królewskiej, vis a vis Archikatedry Lubelskiej, stoi kamienica. Budynek z pozoru nieciekawy, zamaskowany między podobnymi zabudowaniami, tak charakterystycznymi dla tej części miasta. Poprzez niewielką bramę ledwie odkrywa swoje wnętrze, onieśmielony wspaniałym gmachem stojącego naprzeciwko sanktuarium. Nie należy jednak oceniać książki (nomen omen jednego z głównych podmiotów naszej wyprawy) po okładce. Przechodząc przez zabudowania, naszym oczom ukazuje się otoczony murami plac. Po jego lewej stronie znajdują się jedne z dwóch drzwi prowadzących do „Domu Słów”, w którym na czas naszego zwiedzania, mieliśmy zaszczyt zagościć. Drugie z nich otwierają się na ulicę Żmigrodzką. Wchodząc, opuszczamy miejsce przypominające swym kształtem dziedziniec. Skojarzenie jest jak najbardziej słuszne, bowiem właśnie w tym miejscu, na początku XVIII wieku, stanął Pałac Pociejów. Niepozorna kamienica, przez lata przebudowywana przez coraz to nowych właścicieli, okazuje się być niezwykłym świadkiem przeszłości. Poznawaliśmy tę przeszłość w ramach zajęć z dziennikarstwa historycznego.

Niestety, mury budynku nie mogą przedstawiać historii w sposób werbalny. Nie jest to jednak wielka strata, skoro w ich imieniu przemawia tak kompetentny przewodnik. Wsłuchując się w jego słowa, poznaliśmy początki powstawania niezależnego ruchu wydawniczego w Lublinie za czasów PRL-u, będącego zarazem zalążkiem jak i centrum działań na terenie całego kraju. To właśnie tu, poprzez studentów Sceny Plastycznej KUL Leszka Mądzika, udało się przemycić zza granicy pierwszy powielacz – legendarną „Zuzię”, służącą do drukowania nielegalnych czasopism. Posługiwano się metodami konspiracji zaczerpniętymi od profesorów działających podczas drugiej wojny światowej. Na wystawie uwiecznione zostały nazwiska osób, biorących udział w całym przedsięwzięciu. Wszystko okraszone zostało sporą dawką ciekawostek, między innymi sposobami pozyskiwania środka niezbędnego do powielania – denaturatu. Podczas naszej podróży przez kolejne lata, oprócz czasopism, nie sposób było nie wspomnieć o książkach. W „Domu Słów” znajdziemy półki, uginające się od kolekcji zbiorów wydrukowanych bez zatwierdzenia przez cenzurę. W jaki sposób czytano „nieprawomyślne” tytuły, takie jak „Folwark zwierzęcy” Orwella? Przyszywając okładkę całkiem innej pozycji. Podziwiając produkt końcowy, dobrze jest być świadomym ogromu pracy włożonego w powstanie gotowych kopii. Sposób, w jaki je tworzono, trudności związane z ukrywaniem produkcji, a także techniki druku, poznaliśmy po przejściu przez korytarz. W tym pomieszczeniu, słusznego odpoczynku zażywają maszyny, przez lata będące bronią w walce z komunizmem. Różniły się sposobem działania, wydajnością, stężeniem wywoływanego hałasu, łączył je zaś wspólny cel. Aby dokładniej przyjrzeć się technologii związanej z drukiem, przeszliśmy do piwnicy, gdzie czekał na nas kolejny przewodnik.

Kim jest zecer? Co prawda, aby znaleźć odpowiedź na to pytanie wystarczy wpisać odpowiednie hasło w internecie. Jeżeli jednak mamy zamiar obejrzeć jego warsztat „na żywo”, warto odwiedzić „Dom Słów”. Pomieszczenie wypełnione szufladami, załadowanymi różnego rodzaju czcionkami liter odbitych w ołowiu, tworzyło stanowisko pracy osób zajmujących się składaniem tekstu. Ułożone „klocki”, po nałożeniu atramentu, odbijały na papierze stronę określonego pisma. Praca wymagała niezwykłej zręczności, wiążącej się z czytaniem w lustrzanym odbiciu, oraz odpowiednim zapamiętaniem miejsca, w którym znajduje się każda z liter określonej wielkości. Wykwalifikowany zecer potrafił wybierać je bez zastanowienia, tak jak my nie musimy patrzeć na klawiaturę pisząc na komputerze. Co ciekawe, „Dom Słów” do dzisiaj używa technik wypracowanych lata temu. Między innymi do drukowania specjalnie zaprojektowanych plakatów, składających się z dużej liczby małych elementów, znajdujących się wśród czcionek. Pasjonatów urządzeń mechanicznych z pewnością nie rozczarują potężne maszyny drukarskie, znajdujące się w kolejnym pomieszczeniu. Jedna z nich jest unikatem na skalę światową. Na całym globie istnieją jedynie trzy egzemplarze tego typu. Co ciekawe, mimo tego, że została skonstruowana na początku XX wieku, wciąż jest używana. W introligatorni znajdują się urządzenia służące do cięcia papieru. Sami przekonaliśmy się o skuteczności jednej z gilotyn, kiedy po przekręceniu kilku pokręteł, pan przewodnik bez cienia wysiłku przeciął gruby plik papieru. Właśnie tutaj można wziąć udział w warsztatach ze sklejania oraz zszywania ze sobą kartek, aby ostatecznie nadać książce kształt. Ostatnim punktem programu była wizyta w papierni. Tutaj również można wziąć udział w zajęciach. Ich elementem jest czerpanie papieru – uzyskiwanie określonej konsystencji z wody, która po odpowiednim wyciśnięciu w prasie, staje się zwyczajną kartką. Co ciekawe, możliwe jest uzyskanie arkuszy ze zużytych ubrań oraz trawy.

Kiedy z powrotem weszliśmy na górę, zdaliśmy sobie sprawę, że właśnie minęło półtorej godziny odkąd dotarliśmy na Królewską 17. Mnogość informacji jaką zdobyliśmy poprzez zwiedzanie, w żaden sposób nie wywołała u nas uczucia znużenia. Wręcz przeciwnie, dalsza rozmowa z przewodnikiem pozwoliła nam na dopytanie o szczególnie interesujące nas detale, szczególnie ważne dla potrzeb studiów. „Dom Słów” bardzo szeroko zajmuje się aspektami związanymi z literaturą. Oprócz wymienionych wcześniej warsztatów, organizuje spotkania autorskie a także kursy kreatywnego pisania. Drażnić może brak popularności obiektu. Schowany w piwnicach kamienicy, będącej w rzeczywistości pałacem, tak jak ona ukrywa swe bogactwo. Naprawdę warto skorzystać ze skarbów leżących na wyciągnięcie ręki. Konkretniej – na rogu ulic Żmigrodzkiej i Królewskiej.

Paweł Andrukiewicz

Zobacz więcej

Wojciech Wciseł

Wojciech Wciseł

Adiunkt w Katedrze Języka Mediów i Komunikacji Społecznej Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. W latach 2005-2010 odbył na KUL studia doktoranckie – Wydział Teologii, specjalizacja Edukacja Medialna – zakończone uzyskaniem tytułu doktora. Jego zainteresowania naukowe obejmują takie zagadnienia jak: wolontariat, akcje charytatywne, mass-media, dobroczynność, prezentacje medialne, organizacje pozarządowe w mediach, PR w NGO’s, kampanie społeczne, wielokulturowość.

Dodaj komentarz