Pocztówka z Macondo

Gabriel Garcia Marquez

Foto. www.vulture.com

Lata 60-te to czas, kiedy Ameryka została odkryta ponownie. Jednak tym razem nie było to wydarzenie geograficzno – podróżnicze. Literatura iberoamerykańska, która dotychczas nie znana była szerokiej publiczności, napłynęła do Europy i Stanów Zjednoczonych, dominując rynek na blisko dziesięć lat. Każdy, kto czytać potrafił, czytał wtedy Mario Vargasa Llose, Julio Cortazara, Carlosa Fuentesa. I oczywiście Gabriela Garcíe Marqueza.

Także Polska, chociaż zajęta budowaniem wspaniałej komunistycznej przyszłości, nie oparła się tak zwanemu „boomowi iberoamerykańskiemu”. Wraz ze wzrostem zainteresowania literaturą ameryki łacińskiej zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu serie wydawnicze specjalizujące się we wszystkim, co tylko powstało w języku portugalskim i hiszpańskim. Miało to swoje dobre i złe strony. „Gra w klasy”, „Rozmowa w katedrze”, „Głębokie rzeki”, „Grzybojad”, „Księga piasku” czy „Terra Nostra” – to wszystko, powieści, które weszły do światowego kanonu, na wyciągnięcie ręki, dostępne dla każdego. Jednak wymieszane z pozycjami słabymi, miałkimi. Taka była strategia wydawnictw z PRL-u; dostarczać jak najwięcej, nie bacząc na kraj pochodzenia, okres powstania czy gatunek literacki, szybko, zanim ludziom się znudzi. Jeżeli można było dokleić do tego nalepkę „iberoamerykańskie”, od razu było tłumaczone i publikowane. Czytelnik musiał po omacku poruszać się po przepełnionym rynku. W takim chaosie łatwo mogły umknąć uwadze książki prawdziwie wybitne, do jakich trzeba bez wątpienia zaliczyć twórczość prawdziwej ikony hispanoamerykańskiego realizmu magicznego – Gabriela García Marqueza. Jednak czy naprawdę mogły umknąć uwadze?

Zadebiutował w roku 1947 opowiadaniem „Trzecia rezygnacja”, które to w Polsce ukazało się dopiero w roku 1976, w zbiorze „Dialog lustra”. Jednak dopiero dwanaście lat później zdobył popularność reportażem „Opowieść rozbitka” oraz mini powieścią „Szarańcza”.

To właśnie w „Szarańczy” trafiamy po raz pierwszy do Macondo – małej wioski wzorowanej na rodzinnej miejscowości Marqueza – Aracataca. W tym miejscu będziemy obserwować exodus, czas świetności i upadek rodziny Buendich rozgrywające się na kartach najpopularniejszej powieści autora – „Stu lat samotności”. Pozwólmy sobie na bliższe przyjrzenie się temu miejscu, gdyż mówi ono bardzo wiele o lwiej części dorobku Marqueza.

Pierwszym, co wyróżnia Macondo i jego mieszkańców, to samotność. Samotność każdego z osobna i samotność wszystkich razem, odciętych od reszty świata. Motyw osamotnienia można znaleźć w prawie każdej książce Marqueza. W „Jesieni patriarchy” patrzymy na samotność dyktatora, w „Generale w labiryncie” mamy do czynienia z człowiekiem bliskim śmierci, patrzącym na upadek swojego życiowego dzieła. W „Miłości w czasach zarazy” Florentin Ariza przeżywa prawie całe życie w samotności, nie mogąc pogodzić się z odrzuceniem. Sierva Maria de Todos los Angeles z „Miłości i innych demonów” cierpi samotność z powodu swojej choroby, odtrącenia przez matkę, wychowania w dwóch kulturach i przez fizyczne zamknięcie. Marquez poprzez pozostawianie postaci samym sobie nadaje im tragizm i pokazuje bezradność wobec świata. Ta tematyka nie znalazła się w jego twórczości bez powodu. W czasach swojej młodości, gdy studiował prawo, zaczytywał się w Franzie Kafce. Największe wrażenie zrobiło na nim opowiadanie „Przemiana” – jedno z najlepszym przedstawień ludzkiego wyobcowania.

W Macondo łączą się dwa światy – realistyczny i fantastyczny. Jednak oba te światy nie ścierają się ze sobą, ale raczej istnieją razem, przeplatają tak, jakby stanowiły jedno. Przybywający do miasta Cygan Melquíades handluje magnesami, wielkimi szkłami powiększającymi, lodem i latającymi dywanami. Na pergaminach zapisuje przyszłość a gdy umiera na febrę, dzięki rtęci wraca parokrotnie do życia. Jedna z bohaterek, Piękna Remedios, wstępuje duszą i ciałem do nieba. Dziecko rodzi się ze świńskim ogonem. Takie wydarzenia nie wydają się jednak nikomu niezwykłe. Wskrzeszony Melquídes zamieszkuje z rodziną Buendich na stałe. Wniebowstąpienie powoduje tylko irytację, gdyż razem z Piękną Remedios unosi się całkiem porządne prześcieradło.

Z drugiej strony w opowieść o upadku Macondo wpisane są prawdziwe wydarzenia z historii Kolumbii, chociażby wojna domowa. To łączenie fantastyczności z codzienną rzeczywistością tak, by tworzyły naturalną, nie kwestionowaną całość jest jedną z głównych cech stylu pisania, który Miguel Asturias nazwał realizmem magicznym. W powieści „Jesień patriarchy”, do której jeszcze dwukrotnie wrócę, dyktator sprzedaje morze Amerykanom, ci zaś dosłownie zabierają je do swojego kraju. I znowu nikt nie jest poruszony, pozostaje jedynie tęsknota za wodą.

Trzecią rzeczą nietypową w Macondo jest czas. Z jednej strony w „Stu latach samotności” mamy do czynienia z linearną fabułą, której czas możemy określić po samej nazwie powieści. Tytułowe „cien años de soledad” to czas w którym żyje, kocha i cierpi sześć pokoleń rodziny Buendich. Tytuł dopełnia ostatnie zdanie książki „plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na tej ziemi”. Tak więc na pierwszy rzut oka istnieje klamra spinająca wszystkie wydarzenia i zamykające je w okresie jednego wieku. Jednak Marquez tworzy swoje opowieści tak, że można pokusić się o znalezienie przynajmniej dwóch alternatywnych dróg, którymi podąża tutaj czas.

Przedstawiona historia łączy się nie tylko z fatum, ale także z innym terminem związanym z tragedią grecką – hybris. Jest to „nieposkromiona pycha”, rodzaj dumy rodowej, która sprowadza na ród przekleństwo i cierpienie. Takim przekleństwem jest los rodziny Buendich. Skazani na powtarzanie swoich błędów i trwanie w cierpiącym na epidemię bezsenności i utraty pamięci Macondo. Widzimy tutaj motyw błędnego koła, z którego nie można się wyrwać żadnym sposobem. Lecz nie tylko podobne losy siedmiu kolejnych pokoleń podkreślają ten krąg – najsilniej obrazują to imiona bohaterów. Zastępy José Arcadiów i Aurelianów co rusz powiększających rodzinę sprawiają wrażenie, jakbyśmy czytali o losie wciąż tych samych ludzi.

Drugim aspektem jest pewien rodzaj bezczasowości. Przejawia się on zarówno w samym Macondo, które zdaje się na tyle odcięte od świata, że jest niezależne od danego wszystkim następstwa zdarzeń, ale także w życiu postaci. Niektóre z nich, jak Urszula Iguarána, zdają się zapominać o nieuchronnym tykaniu zegara i przegapiają swoją śmierć, żyjąc tak długo, jak trzeba. Innym przykładem jest wspomniany Melquíades, który poprzez receptę na nieśmiertelność ucieka pułapce Chronosa. W wielu powieściach Marqueza czas nie jest nieubłagany, zdaje się raczej senny, gęsty, podległy opowieści. Zdaje się gubić w niektórych miejscach, płynąć zakosami a nawet stawać w miejscu, zapominać o kimś. W wymienionej wcześniej „Jesieni patriarchy” nikt nie potrafi określić wieku dyktatora, którego urodziny zdają się tak odległe, że aż mityczne. Należy pamiętać, że choć takie wizje zostawiają sporo miejsca na interpretację, to autor zawsze utrzymywał, że to co pisze, należy odczytywać dosłownie. Wniebowstąpienie to nie metafora i nie jest nią czas.

Jednak choć powieści takie jak „Sto lat samotności”, „Szarańcza” czy „Miłość w czasach zarazy” przyniosły Gabrielowi Garcíe Marquezowi największą sławę, to nie można zapomnieć o jego studium nad upadkiem, zawartym w „Generale w labiryncie” i „Jesieni patriarchy”.

Ta pierwsze poświęcona jest ostatnim latom życia Simóna Bolívara, iberoamerykańskiego wojownika o wyzwolenie Ameryki Południowej spod władzy Hiszpanii. Marzył on o stworzeniu federacji wszystkich państw tego kontynentu, która mogłaby przeciwstawić się wpływom Europy. Jego marzenie ziściło się tylko po części – utworzono Wielką Kolumbię w której skład weszła Wenezuela, Ekwador oraz Kolumbia wraz z obecną Panamą. W książce, Marquez zafascynowany postacią Bolívara, przedstawia ostatnie lata jego życia, gdy musiał pogodzić się z faktem, że całkowite zjednoczenie nie jest możliwa, a na jego oczach federacja, dzieło życia, rozpadło się z proch.

Druga powieść, „Jesień patriarchy”, która stanowi jedną z najciekawszych pozycji w dorobku autora, skupia się na tematyce dyktatury i samego dyktatora jako osoby w pewien sposób mitycznej. Nie opowiada on o żadnej konkretnej postaci historycznej, nadając swojemu bohaterowi cechy takich przywódców jak Gustavo Rojasa Pinilla, Francisco Franco czy Juana Vicenta Gómeza. Twardą ręką włada on nieznanym krajem najprawdopodobniej położonym na Karaibach. W postaci tej łączą się dwa skrajne obrazy. Z jednej strony jako dyktator i przywódca niepodzielnie trzymający władzę nad krajem jest on postacią wręcz mityczną, stojącą ponad zwyczajnymi ludźmi. Jego narodzinom towarzyszą niezwyczajne wydarzenia ze świata natury, również niesamowita otoczka ujawnia się przy objęciu przez niego władzy. Nie boi się on kul wrogów, zdaje się odwieczny i odporny na śmierć. Marquez obrazując jego mityczną, heroiczną stronę życia wyolbrzymia wszystkie jego zasługi i cechy, czyniąc go karykaturą samego siebie i kultu władzy. Drugim obliczem dyktatora jest on jako człowiek. Tutaj widzimy go jako pełnego ułomności starca, chorego na przepuklinę jąder, mającego problemy z trzymaniem moczu. Jego siedziba, dawniej wspaniały dwór upada wraz z nim – na korytarzach mieszkają biedacy, po salonach szwenda się bydło i ptactwo. W ludziach, którymi rządzi, zdaje się budzić sprzeczne uczucia. Czasami jest to miłość, czasami nienawiści, a wszystko to podszyte strachem. Pałac zaś odbierany jest raczej jak przerażający labirynt Minotaura okrutnego, sfrustrowanego i skazanego na samotność.

Ta powieść ma także znaczenie z powodu formy. Literatura iberoamerykańska nie pozostała nieczuła na wpływy głównych prądów sztuki XX w. W „Jesieni patriarchy” mamy do czynienia z pisarstwem najbardziej eksperymentalnym w całym dorobku Marqueza. Czytelnik nie dostaje do ręki typowej powieści. Zdaje się, że wchodzi w rzekę opowieści i płynie razem z nią. Mamy do czynienia z formą, w której w żaden sposób nie zostają wyodrębniona zmiana narratora, dialog czy opis. Zdania często są niegramatyczne, w zamierzony sposób nie przestrzegają interpunkcji. Daje to wszystko wrażenie deklamacji czytanej jednym, monotonnym głosem, przypominającej bardziej litanię niż powieść. Na dodatek zdania zdają się nie mieć końca. Najdłuższe, kończące powieść, liczy sobie siedemnaście tysięcy słów, czyli blisko pięćdziesiąt razy tyle, ile ten tekst dotychczas. Wszystkie te cechy pomagają budować także klimat jakiejś sennej opowieści, onirycznego zagubienia w świecie bez ostrych granic.

Ten styl, nie liczący się z standardowymi sposobami pisania jest charakterystyczny dla wielu twórców iberoamerykańskich, między innymi Mario Vargasa Llosy czy Julio Cortazara i czerpie ze strumienia świadomości. Gabriel García Marquez w roku 1982 został uhonorowany literacką Nagrodą Nobla za „powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”. To określenie a także ten tekst w żaden sposób nie wypowiadają wszystkiego, co należałoby powiedzieć o genialnym dorobku najbardziej znanego twórcy literatury iberoamerykańskiej. Trudno dokonać pełnego przeglądu publikacji autora, który nigdy nie zatrzymywał się w miejscu, pisząc opowiadania, powieści, reportaże, sięgającego do postaci historycznych, wydarzeń politycznych, ludowych legend, poruszającego się po fikcji, rzeczywistości i na ich styku. Warto wciąż i zawsze będzie warto po raz kolejny udać się do dusznego, przeklętego Macondo.

Stanisław Michałowski

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.