Jhene Aiko – „Sail Out” recenzja płyty

Okładka

Aiko będąc w branży muzycznej od około dekady, zdążyła nawiązać współpracę z największymi artystami jak Drake, Kendrick Lamar, Kanye West czy Miguel. W przeciągu ostatnich lat poza występami gościnnymi, udało jej się wydać tylko mixtape „Sailing Soul (s)” w 2011roku. „Sail Out” jest więc pierwszym, oficjalnym wydawnictwem artystki.

Wśród szerokiej palety wokalistek R&B, których muzyka opiera się na ogromnej mocy wokalu, piórkowy głos Jhene Aiko wydaje się być zaledwie szeptem. Z jednej strony mamy Cassie. Typowy przykład artystki „one-hit wonder”, która niemal osiągnęła status bogini, wśród elektronicznych producentów, zachwyconych lodowatą zmysłowością jej muzyki. Z drugiej strony jest Brandy, której znacznie bogatszy wokal stał się nie lada gratką dla twórców takich jak Burial czy James Blake. Jest także Ciara oraz oczywiście Aaliyah, która dzięki miażdżącej emocjonalności głosu stała się dziś ikoną. Swoista diva lat 90-tych, która zbyt wcześnie odeszła. Jest też Jhene Aiko…

Łatwo zrozumieć dużą popularność jej muzyki, jednak ciężej rozszyfrować, czy zawdzięcza to atrakcyjności swych utworów, czy atmosferze, którą tworzą. Jedną z kwestii, która kuleje, jest brak jasnego punktu widzenia. Jaśniej mówiąc, na „Sail Out” nie wiemy czy Aiko śpiewa w satysfakcji bycia nieuchwytną, czy z powodu załamania emocjonalnego („3:16AM”, „WTH”). Może chodzi tu jednak o odległość („The Vapors”) lub dlatego, że musi kontynuować swoją karierę („Bed Peace”). Mimo to, w sercu albumu czuć nieuniknioną tęsknotę, w dużym stopniu związaną z jej uzależnieniem od marihuany. Na „Bed Peace” artystka marzy o tym, by obudzić się w środku dnia i zapalić skręta, a metafora odurzenia lub zatrucia jest tą, do której często wraca. „WTH”, to chwila otrzeźwienia, po tym jak rzuca obelgi w stronę swojego byłego partnera i zdaje sobie sprawę z bycia „na haju”. W „The Vapors” wokalistka łączy seks i narkotyki wielokrotnie powtarzając „Can I hit it again?”
Nie jest przypadkiem, że album stał się dla Aiko okazją do ocknięcia. Produkcją krążka zajął się duet Fisticuffs, który ciężko pracował nad pierwszym albumem Miguela. Perkusje pochodzące z malutkich beczek, nie głośniejsze niż dźwięk odpalanej zapalniczki czy stukania w klawiaturę, dają wokalistce świetny background. Miękki tapczan dla wokalu, który nierzadko pozbawiony jest emocji, trzymany jest na bezpieczniej odległości. Aiko nigdy nie wyskakuje zbyt wysoko i nie opada za nisko, nawet jeśli śpiewa w rozpaczy.
„Sail Out” może zostawić po sobie trochę zimna. Wokalistki takie jak Cassie czy Aaliyah są (lub też były) w stanie przekazać spectrum emocji w ograniczonym zakresie pola wokalnego, zwołując siły, powodując współczucie czy zawroty głowy (w zależności od potrzeb). Aiko nie posiada jeszcze tej zdolności, a jej najnowszy krążek zostawia nas w potrzebie znalezienia emocji, gdy tak naprawdę na próżno ich tu szukać. Zamiast tego, dostajemy oszkloną pustkę i zakłopotanie, które kryją potrzebę stworzenia kolejnej piosenki R&B.
Najlepszym utworem na płycie jest bezsprzecznie „Bed Peace”, zasilany przez sprężysty, jasny dźwięk gitary, poparty promiennym wokalem Aiko. Track zawiera także tzw. „screwed vocals”, będące spowolnieniem i przekształceniem głosu artystki. Jest to najbardziej rozwinięty utwór na albumie. Co najważniejsze łagodzi wokalistkę i pozwala jej w szczęściu wkroczyć na wyższy poziom. Jest to subtelna zmiana, która na „Sail Out” wydaje się być niemal objawieniem.

Ocena 3 / 5

Oktawian Bielecki

Zobacz więcej

Bażant

Bażant

Co się dzieje w Campusie Majdanek, wie nasz Bażant.