Jak osiągnąć sukces? – wywiad z Marcinem Sanakiewiczem, laureatem Małego AKLAUDA.

Jak odbiera Pan nagrodę?

Osobiście, jestem ogromnie zaszczycony. Jest to nagroda od moich koleżanek i kolegów, studentów i doktorantów. Jest to rzeczywiście wyjątkowe wyróżnienie, szczególnie zważywszy na to, że moje ostatnie lata nie przebiegały w mediach regionalnych, tylko w mediach ogólnopolskich. Mam nadzieję, że to nie przyczyniło się zbytnio do przerostu mojej własnej formy, nad moją własną treścią, ale z tego co widzę po uzasadnieniu na dyplomie jestem bardzo zaszczycony i jest mi bardzo miło. Po prostu dziękuję.

Jakie znaczenie ma nagroda dla Pańskiej kariery?

Tego jeszcze nie wiem, ponieważ nie znam przyszłości, ale jeśli chodzi o podsumowanie kariery, to nie ukrywam – jest to mój pierwsza nagroda za osiągnięcia dziennikarskie. Miałem do tej pory akurat przyjemność pracować w takich zawodach dziennikarskich jak wydawca programów czy lektor radia i telewizji, w których raczej nagród się nie przyznaje. W związku z tym dla mnie ma znaczenie ogromne, a co będzie dalej po tej nagrodzie zobaczymy, tym bardziej, że jest to pierwsza nagroda. Tym bardziej z wielkim zaszczytem ją odbieram, że tak powiem „przecierając szlaki” dla moich przyszłych współlaureatów, koleżanek i kolegów z UMCS, KULu i WSPiA.

Jakie były Pana marzenia, jak był pan dzieckiem? Czy faktycznie była to kariera dziennikarska?

Pamiętam jak dziś, jak miałem lat kilka (6,7 lub 8), bawiłem się z moją babcią jeszcze takim starym szpulowym magnetofonem w robienie audycji radiowych. One gdzieś jeszcze są, w jakiejś starej piwnicy leżą, ale czy to było moje marzenie, tego nie wiem. Zacząłem pracę w sumie równolegle z pracą w radiu i w Piwnicy Pod Baranami jako pianista, bo jestem też muzykiem (z pierwszego wykształcenia). Kariera medialna toczyła się równolegle i w pewnym momencie wyprzedziła ten cały fortepian, muzykę itd. Czy to było marzenie z dzieciństwa? Pewne tak, skoro bawiłem się w radio już jako kilkulatek. Było to wtedy dla mnie na pewno wspaniałą zabawą i przygodą.

Jak to się stało, że Pana kroki powędrowały w stronę dziennikarstwa? Wtedy, kiedy Pan już wiedział co chce robić i był muzykiem?

Byłem kilka lat w radio, a potem zachłysnąłem się telewizją w Warszawie. Tym światem kamer, świateł, ludzi, gości, nazwisk, gwiazd, tych sytuacji i tematów. To samo miałem w radio, choć nigdy nie pracowałem stricte jako dziennikarz radiowy, zawsze byłem lektorem, podwykonawcą czyichś audycji, czy współtwórcą. Pamiętam jak dziś, to była pierwsza audycja w reżyserii chyba Jana Gipnera, takiego krakowskiego aktora, wiersze Bursy – parada Kraków artyści Piwnic Pod Baranami, to była moja pierwsza przygoda i ta ścieżka była dla mnie równoległa ze ścieżką muzyczną przez kilka lat i stąd odczuwałem to jako naturalną kolej rzeczy, że jestem muzykiem i przy okazji pracownikiem mediów – wtedy jeszcze nie nazywałem się dziennikarzem. Dziennikarstwo przyszło z czasem, ze świadomością, ze skończeniem studiów dziennikarskich.

Czyli Pana kariera zaczynała się od takich drobnych rzeczy?

Tak, zawsze są to drobne rzeczy. Rzadko kto zaczyna od górnego C, chociaż nie powiem – zdarzają się takie kariery, czy początki pracy, jednak rzadko zwiastują one rzeczywiście karierę. Bo im się wyżej siądzie, tym się potem szybciej spada i z większym hukiem, ale to są takie truizmy. Tak naprawdę jak kto zacznie, nie ma większego znaczenia, byle by zaczynać od początku z poczuciem pokory i świadomości własnych braków i cały czas się uczyć.

Czy musiał się Pan bardzo starać, aby dostać się do telewizji?

Miałem dużą siłę przebicia i niezwykły upór. Jak coś chciałem zrobić, to szedłem do osób, które czymś zarządzały, czy za coś odpowiadały i prosiłem o szansę. Tę szansę dostałem, więc chyba rzeczywiście nie zaprzepaściłem do końca.

Jakie rady dałby Pan początkującym studentom?

Przede wszystkim robić swoje i nie oglądać się na innych. Strać się nie szukać autorytetów wśród tych pierwszych z pierwszych stron gazet, pierwszych z głównych programów z najwyższej pory oglądalności w telewizji, czy najbardziej znanych dziennikarzy radiowych. Szukać własnej drogi i własnej realizacji i własnych pomysłów, choćby były one kompletnie z czapy i kompletnie nie przystawały do gatunków i znanych nam form dziennikarskich do tej pory.

Jakie ma Pan plany na przyszłość?

Z dziennikarstwa się trochę wycofałem, z uwagi na to, że poświęciłem się tej trzeciej stronie. Pierwsza – robimy media, druga – oglądamy media, trzecia – naukowo opisujemy media jak one funkcjonują. Mam przyjemność być doktorantem UMCSu, na wydziale politologii Nauki o mediach i swoją przyszłość jednak bardziej widzę gdzieś w tym kierunku. To nie kwestia wypalenia zawodowego, to może też nie kwestia znudzenia pracą, tylko ja cały czas staram się znaleźć coś nowego, coś co mnie inspiruje, a akurat teoria i praca naukowa zaczęła mnie ogromnie kręcić i bardzo inspirować. Ten rok jest dla mnie w ogóle wyjątkowy, bo jest to też kolejna nagroda, pierwsza praktyczna, za praktykę pracę, ale też jeszcze tam się jakiś innych pojawiło parę wcześniej. Jest to rok, wyjątkowy, niesamowity, rok akademicki 2014/2015 w Lublinie. Piękna wiosna.

Czy spodziewał się Pan, że dostanie tę nagrodę?

Nie spodziewałem się zupełnie, tym bardziej, że ja ostatnie lata spędziłem w mediach ogólnopolskich, oczywiście współpracując bardzo ściśle z mediami lokalnymi, bardzo też dużo z Telewizją Lublin i z paroma naprawdę wspaniałymi osobami z TVP Lublin – tu wielkie ukłony dla wspaniałej i cudownej dobrej znajomej Marysi Mazurek. Także nie spodziewałem się, byłem przekonany, że jak już znałem nominacje finalne, to myślałem raczej, że kolega z Radia Er, byłem wręcz pewien. Tym bardziej, że jestem starszy od niego. Nie spodziewałem się zupełnie, tym bardziej jest to dla mnie większa radość.

Dziękujemy bardzo i życzymy dalszych sukcesów.

Dziękuję i wzajemnie.

Z Panem Marcinem rozmawiały Magdalena Jakubik i Ewa Wiklowska.

Zdjęcie dzięki uprzejmości PTV

Zobacz więcej

Dodaj komentarz