Godzina W polskiej kinematografii

źródło: www.miasto44.pl

źródło: www.miasto44.pl

Ostatnie lata były dla polskiej kinematografii fatalne. Polacy pokazali, że niestety nie potrafią przekazywać swojej historii. Począwszy od „1920 Bitwa Warszawska”, po której obejrzeniu można stwierdzić, że reżyser toczył bitwę sam z sobą o wypuszczenie tego filmu na ekrany kin. „Wałęsa człowiek z nadziei” dał nam nadzieje na polepszenie złej passy, jednak w zgodzie z tytułem na nadziejach się skończyło. Na początku tego roku pojawił się „Jack Strong”, który w końcu okazał się dobrym filmem i rozpalił iskrę w sercach Polaków. Niestety została ona zgaszona przez ekranizację wspaniałej opowieści o przyjaciołach z Szarych Szeregów „Kamienie na szaniec”. Wydawać by się mogło, że sprawa jest beznadziejna. Wtedy też, niczym narodowy bohater, pojawił się młody reżyser – Jan Komasa. Jego pomysł na film non-fiction „Powstanie Warszawskie” zachwycił odbiorców i sprawił, że Polacy znów chcieli dowiedzieć się prawdy o najtragiczniejszym zrywie społecznym w historii naszego kraju. Komasa postanowił nagrać również film fabularny o losie powstańców.

Oczekiwania związane z filmem „Miasto 44” były ogromne. Na reżysera spadł olbrzymi ciężar, bowiem w tym roku obchodziliśmy siedemdziesięciolecie wybuchu powstania. Oficjalny trailer filmu zachwycił większą część odbiorców. Powstało jednak pytanie: czy nie są to najlepsze sceny z filmu? Nasze obawy nie zostały szybko rozwiane, ponieważ premiera była przekładana kilka razy. W końcu udało nam się zapoznać z całością jednego z najbardziej oczekiwanych dzieł polskiej kinematografii.

„Miasto 44” to opowieść o młodych ludziach, którym przyszło dorastać w czasach okupacji hitlerowskiej. Zmęczeni tą sytuacją buntują się przeciwko panującemu ustrojowi i pragną stanąć do walki z wrogiem. Głównym bohaterem filmu jest Stefan. Młody mężczyzna jest dojrzały jak na swój wiek, ponieważ musi opiekować się matką i młodszym bratem. Jego przyjaciółka „Kama” działa w konspiracji i dzięki niej Stefan dostaje się w szeregi Armii Krajowej. Tam też poznaje Alicję, dziewczynę z wyższych sfer, z którą połączy go płomienne uczucie.

Komasa swoim dziełem chciał dotrzeć do młodego pokolenia, które oślepione nieudanymi próbami przekazania historii, powinno poznać prawdę o ludziach, którzy oddali za nich życie. W swoim eksperymencie jednak przerysował niektóre sytuacje. Scena pierwszego pocałunku Stefana i Alicji została ukazana w sposób wręcz groteskowy. Po dłuższej interpretacji można zrozumieć zamysł autora. Zapewne chodziło mu o pokazanie, że miłość w czasie powstania jako jedyna pozwalała zapomnieć o okrutnej rzeczywistości. Oglądając jednak tę scenę w kinie od razu skojarzyła mi się jedna z reklam popularnych batonów. Aż miałam ochotę zaśpiewać „Give a bit of hmm to me…”. Przerysowany został również wątek rywalizacji dwóch dziewczyn o względy chłopaka. Powstańcy byli młodymi ludźmi, którzy mogli być podobni do dzisiejszych nastolatków. Nie można jednak porównać osoby, dla której istotny jest jedynie tablet i spotkania z przyjaciółmi do człowieka, który musiał walczyć o życie z bronią w ręku.

Poza przerysowanymi scenami, miłość w filmie została słusznie pokazana. Trzeba bowiem spojrzeć na podtytuł dzieła: „Miłość w czasach apokalipsy”. Tłumaczy on przodujący wątek „Miasta 44”, którym było właśnie uczucie Stefana i Alicji. Odbiorcy burzą się, ponieważ ujrzeli na ekranie bohaterów, którzy nie są tak idealni, jak było im to do tej pory przedstawiane. Polacy heroizują powstańców, co nie zawsze jest zgodne z prawdą. Każdy z nich był młodym człowiekiem, mimo wojny narażonym na wiele pokus. I choć mieli mniej czasu, niż dzisiejsza młodzież, poza patriotyzmem inne wartości również były dla nich istotne. Jak już wspomniałam, miłość i przyjaźń pozwalały jako jedyne oderwać się od szarej rzeczywistości i kochać tak po prostu. W świecie, gdzie dominowała nienawiść i śmierć, było im to niezwykle potrzebne.

W filmie Jana Komasy można doszukać się wielu analogii do kina hollywoodzkiego. Zachwycająca była scena walki na cmentarzu powązkowskim. Efekt slow-motion w połączeniu z tłem muzycznym, na który składała się piosenka Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”, przysporzyły dreszczy na ciałach odbiorców. Mam nadzieję, że w polskim kinie będzie się przewijać jeszcze wiele takich scen. Skojarzyła mi się ona z filmami Quentina Tarantino. Niedawno oglądałam „Bękarty wojny”, które stanowiły jego fantazję na temat właśnie II wojny światowej. Drastyczne sceny, ukazane w sposób lekko ironiczny i groteskowy są jego znakiem rozpoznawczym. W podobny sposób Komasa przedstawił sceny walk i śmierci. „Miasto 44” warto pochwalić także za efekty pirotechniczne, które były bogato rozwinięte, w porównaniu z dotychczasowymi polskimi filmami wojennymi. Scena przejścia powstańców przez kanały również była efektowna. Zraziło mnie w niej jedynie tło muzyczne. Niestety najwidoczniej nie dorosłam jeszcze do połączenia dubstepu z historią wojenną. Mam wrażenie, że sceny, które były opatrzone tego typu muzyką po prostu gryzły się z całością dzieła. Tylko w jednej scenie nie przeszkadzała mi ona w tak dużym stopniu. Moim zdaniem jednak Komasa posunął się zbyt daleko jeśli chodzi o dubstep, natomiast idealnie dopasował inne melodie, m.in.: „Chryzantemy złociste”, w wykonaniu Janusza Popławskiego. Jako przedstawicielka młodego pokolenia pozytywnie odebrałam połączenie nowoczesnych kadrów z muzyką lat trzydziestych. Zwłaszcza, że nie zabrakło także nowych piosenek, m.in. idealnie pasującej do filmu „Young and Beautiful” wykonania Lany Del Rey.

Zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia. Jedynym plusem jest otwarta fabuła. Każdy może sobie dopowiedzieć, co dalej stało się z bohaterami. Tu trzeba postawić jednak pytanie, czy w przypadku filmu o powstaniu warszawskim, odbiorca oczekuje właśnie takiego zakończenia? Ta kwestia jest sporna, podobnie jak cała interpretacja „Miasta 44”. Każdy widz ma inny gust i inne oczekiwania. Jan Komasa chciał dotrzeć do młodych ludzi. Myślę, że to dobrze, ponieważ pokolenie wojenne wymiera, a ich losy muszą pozostać w pamięci tych, za których wolność walczyli. My powinniśmy oddawać im hołd, m.in. także przez tego typu produkcje. Będzie dobrze, jeśli młodzież zapozna się z tym filmem, ale również starsze pokolenia. Dzięki temu nasi dziadkowie zobaczą, jak my patrzymy na ich bohaterską walkę. Być może będą z nas dumni, podobnie jak my z nich. Być może jednak zasmucą się, że wizja młodego pokolenia jest daleka od prawdy o tamtych czasach. Z całą pewnością opinie o „Mieście 44” są podobne do opinii o samym powstaniu. Mają swoich zwolenników i przeciwników. Jedni twierdzą, że zostało słusznie zorganizowane, inni uważają je za jeden z największych błędów Polaków. Tak, czy inaczej powstało, a my powinniśmy o nim pamiętać.

Katarzyna Leszczyńska

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.

Dodaj komentarz