Ezopolityka

„Niedawno numerolożka postawiła mi horoskop z daty urodzenia. Jestem Wodnikiem. Powiedziała, że wszystko w moim życiu dzieje się w sposób bardzo naturalny dzięki mojej dobrej pracy. Ta pani nic o mnie nie wiedziała, a wszystko się zgadzało, nawet daty”. Te słowa nie padły z ust starszej kobiety w warzywniaku, to wypowiedź byłej wicepremier, Elżbiety Bieńkowskiej dla magazynu „Viva”.

Kilka dni po opublikowaniu wywiadu z byłą wicepremier pałeczkę przejął Janusz Palikot, który otwarcie przyznał się do kontaktów z hinduskim guru. Podobnie jak Bieńkowska, jest do tego skłaniany przez niepowodzenia, a te ostatnio go nie omijają. Groteski dodaje fakt, że na wyjazd do Indii został namówiony przez kolegę, który podobno „leczy rękami”.
Przewodnik duchowy nakazał mu zbieranie sił do wielkiej zmiany, jaka ma rzekomo nastąpić we wrześniu. Lider Twojego Ruchu w to wierzy. Wedle jego wypowiedzi przepowiednie sprawdziły się w roku 2010 i 2011. Przypomnę, że był to czas niezbyt estetycznego, żeby nie powiedzieć obrzydliwego, spektaklu pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, który nadał rozgłos młodemu ugrupowaniu Janusza Palikota.
Jednak przeznaczeniu trzeba było wówczas pomóc. W pierwszej grupie obrońców krzyża, o czym wspominał Rafał Ziemkiewicz, znalazł się blisko związany z Palikotem niejaki „Andrzejek”, a także dziennikarka tygodnika „Nie”. Pachnie prowokacją? Co więcej, jednym z prowodyrów antyklerykalnej reakcji, oprócz działaczy Ruchu Poparcia Janusza Palikota, był pewien Niemiec, znany sutener, oskarżony o szantaż senatora Piesiewicza.

Kilka miesięcy temu w felietonie dla „Polityki” Ludwik Stomma zadał retoryczne dla czytelników pytanie: „Czy należy dopuszczać, by na sprawy publiczne miały wpływ przekonania metafizyczne pewnych grup?”. Miało być to być godne d’Artagnana pchnięcie w serce katolickiej nauki społecznej, ale raczej okazało się strzałem w lewą stopę. Pan Ludwik Stomma chyba źle odczytuje obecne trendy lewicy, które odchodzą od materializmu… Przyjęcie światopoglądu ateistycznego nie wystarczy, żeby w całości obalić cywilizację chrześcijańską, ponieważ nie wypełnia luki po Panu Bogu. Remedium na to jest zwrócenie się w kierunku innej religii, a hinduizm i buddyzm są do tego najlepsze. Wtedy wszystko zaczyna się pozornie układać. Oddajmy głos Januszowi Palikotowi: „Sądzę, że dusza wielokrotnie wraca na ziemię w postaci różnych ciał i że w tym sensie jest nieśmiertelna i nie ginie razem z ciałem, a to oznacza, że problem aborcji jest problemem ciała, a nie duszy”, „osobiście wierzę w to, że dusza wybiera „gotowe” ciało i że to się dzieje dopiero po urodzeniu”. Haczyk polega na tym, że zarówno buddyzm, jak i hinduizm surowo zabraniają aborcji, ponieważ według nich dusza pojawia się już w zygocie. Jednak dużym atutem jest fakt, że są one Europejczykom bliżej nieznane, więc można je bez skrępowania przeinaczać.

Trafna ocena poczynań Janusza Palikota nie obędzie się bez użycia słów „New Age”. To, co mówi jest niespójne z żadnym systemem religijnym. Łączy duchowość wschodu, ale musi ją potraktować wybiórczo, by dostosować się do zachodniego konsumpcjonizmu. W marksizmie istnieje pojęcie „mądrości etapu”, które nadaje sens zmianom poglądów w zależności od sytuacji. Ważne jest tylko to, by wszystko zmierzało do niejasno określonego celu – jakiegoś nowego, wspaniałego świata.

Nasz Puls: Szymon Grzegrzółka

Licencja: CC0 Public Domain

Lewica powoli odchodzi od marksistowskiego materializmu.

Zobacz więcej

Dodaj komentarz