Droga, którą wybrał sam

Fot: culture.pl

Fot: culture.pl

Decyzja Artura Rojka o opuszczeniu składu Myslovitz poruszyła i zszokowała polski światek muzyczny. Ale stało się. I zespół, i ex-frontman nadal tworzą. Niespełna miesiąc temu światło dzienne ujrzała nowa płyta byłego lidera zatytułowana „Składam się z ciągłych powtórzeń”. Pytanie, czy jego odejście od rodzimej grupy przyniosło zmianę na lepsze, czy na gorsze. Czy w ogóle jakąkolwiek przyniosło…?

Artur Rojek zapisał się na kartach polskiej muzyki rockowej i alternatywnej wśród branżowych liderów, w ścisłej czołówce. Niewątpliwy sukces, jaki odniósł z zespołem Myslovitz, można uznać za pewnego rodzaju fenomen. Mianowicie, nie tworząc tandety, zyskał ogromną rzeszę fanów, jego kompozycje można było usłyszeć w radiach zarówno komercyjnych, jak i tych bardziej niszowych, a na licznych koncertach zawsze zbierały się tłumy zwolenników, mimo że za bilet trzeba było zapłacić, nawet jeśli koncert odbywał się w ramach imprez typu Dni Kultury Studenckiej.

Mimo wszystkich powyższych przesłanek o jakimś geniuszu twórczości Myslovitz i Rojka, zawsze zaliczałem się do grupy ludzi, która w ich muzyce niczego przełomowego, wspaniałego, ani poruszającego nie odnalazła. Już pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy to singiel „Długość dźwięku samotności” zainfekował wszelką przestrzeń muzyczną, pamiętam, że moja reakcja na jego brzmienie była bardzo sceptyczna. Wprawdzie trudno powiedzieć, żebym miał wtedy jakkolwiek ukształtowany gust muzyczny, jednak fakt pozostaje faktem, moim znajomym się to podobało, a mnie nie. I tak zostało mi do dziś.

Zatem, mając jak największy szacunek dla Artura Rojka, a także do jego dorobku artystycznego, nie zaliczam się do grona zwolenników tejże trochę dziwnej, trochę alternatywnej, trochę klimatycznej, a w pewnym stopniu nawet psychodelicznej twórczości. Zawsze był to dla mnie zlepek płynących gitarowych riffów, spokojnego z reguły pulsu perkusji i charakterystycznego, lekko mnie irytującego, wokalu okraszonego raz mniej, a raz bardziej zrozumiałym tekstem.

I kiedy ludzie już się oswoili z brzmieniem Myslovitz, zapisali w swojej świadomości istnienie owej grupy na polskiej scenie rockowej, wreszcie przeszli nad tym do porządku dziennego, pan Rojek postanowił przypomnieć im wyraźniej o swoim istnieniu, decydując się opuścić formację w 2012 roku. Odejście, czy w tym przypadku zmiana, frontmana w tak popularnym zespole to zawsze ryzykowny krok. Artur Rojek był niewątpliwie twarzą, wizytówką mysłowickiej grupy. Ponadto, był jej założycielem. Jego decyzja nie wynikała z żadnych konfliktów między członkami składu. Rojek po prostu zapragnął zająć się teraz produkcją solową, a jego miejsce w Myslovitz zajął Michał Kowalonek, z którym zespół wydał w zeszłym roku pierwszą płytę. Zdaje się, że nowemu liderowi udało się udźwignąć ciężar tak poważnej zmiany.

W ostatnich tygodniach, dokładnie 4 kwietnia, premierę miała także debiutancka płyta Artura Rojka, zatytułowana „Składam się z ciągłych powtórzeń”. I wydaje się, że te słowa idealnie definiują krążek oraz jego odniesienia do wcześniejszych muzycznych produkcji Rojka. Dziesięć utworów utrzymanych w dość jednolitym stylu i klimacie nie stanowi, według mnie, wybitnej uczty muzycznej, zwłaszcza, kiedy z pewnością wiele osób zastanawiało się, co takiego ten Rojek nam zaprezentuje. Skoro opuścił swoją kapelę, może potrzebował jakiejś odmiany?

Okazuje się, że chyba nie. Piosenki brzmieniowo bardzo przypominają dotychczasową działalność wokalisty z czasów Myslovitz. Może zostały jeszcze nieco bardziej „ualternatywnione”, co, notabene, w moim rozumieniu ma raczej negatywne konotacje. Solowa kariera Artura Rojka, a także jej pierwszy owoc w postaci albumu, nie wywoła szczególnego przełomu w środowisku muzycznym. Podejrzewam, że zwolennicy nadal będą na „tak” i z zapałem wesprą oraz pochwalą swojego idola, natomiast przeciwnicy wciąż obstawać będą przy swoich argumentach i dotychczasowe poglądy obydwu obozów sprawdzą się idealnie, zupełnie jak dotychczas.

Muzycznie Rojek nie wprowadził żadnej poważnej zmiany do swojej twórczości. Może potrzebował po prostu zmiany środowiska, oddechu, przestrzeni, odpoczynku od grupy, z którą w ciągu dwudziestoletniego okresu wspólnej działalności zjeździł Polskę i nie tylko, zdobył liczne nagrody, nagrał płyty i utwory podbijające listy przebojów. Jeżeli tak by rzeczywiście było, to szkoda, iż zamknął sobie drzwi powrotne, wydając oficjalne oświadczenie, iż swoją przygodę z zespołem ewidentnie kończy, a na jego miejsce wyznaczony został nowy frontman. Może wystarczyłoby tymczasowe zawieszenie działalności, panie Rojek, a w międzyczasie, jak najbardziej, jakiś solowy side project?

Poważne decyzje winny pociągać za sobą poważne zmiany. Natomiast zdaje się, że Artur Rojek zamienił wypracowaną, wysoką pozycję w świecie polskiej muzyki rockowej na samodzielny projekcik, który można by określić mniej więcej jako jednoosobowy Myslovitz Junior. Co więcej, a tym samym – co gorsza – składający się z ciągłych powtórzeń.

Jan Brzeziński

 

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.