Dawne płomienie powrócą, by rozpalić nas na nowo…

Ktoś kiedyś powiedział, że miłości nie da się kupić.Widocznie nie miał styczności z zabytkowymi motocyklami. Idąc do szkoły, uczelni czy pracy, niemal bez przerwy mijają nas samochody, często pozbawione blasku i radości i rzadko zwracamy na nie uwagę. Dopiero, kiedy w oddali zobaczymy mały, niewyraźny jeszcze punkt, czas jakby się zatrzymuje. Tak, to z pewnością motocyklista na swoim stalowym rumaku.

Zanim jeszcze przejedzie obok nas, usłyszymy jedyny w swoim rodzaju ryk silnika, zagłuszający wszystko dookoła. Możecie mieć w garażu potężne Audi R8 z silnikiem V10, opływowe Porsche 911 GT3, czy wulgarne BMW M5, ale nigdy nie doświadczycie tego, co mijający was motocyklista. Tylko na jednośladzie odczujecie dwie najwspanialsze rzeczy na świecie – swobodę i dziką wolność.

Wszystko ma jednak gdzieś swój początek. Wiele osób zadaje mi pytanie: Dlaczego jeździsz na motocyklu? Zawsze odpowiadam tak samo. Ludzi można podzielić na dwie grupy. Tych, którzy nigdy tego nie zrozumieją, i tym, którym nie trzeba tego tłumaczyć. Każdy maniak jednośladów, ma w swoim życiu jedno szczególne miejsce. Chodzi mi o garaż, który jest świątynią każdego motocyklisty. Nieważne czy jest to szopa zabita dechami, czy elegancki oddzielny budynek. Każde takie miejsce posiada szczególną aurę. Jest to nasz drugi dom.

Swoją przygodę z jednośladami, rozpocząłem jakieś 5 lat temu. Prawie jak każdy żółtodziób, stałem się właścicielem 20-letniego jeszcze wtedy, potwornie awaryjnego, czerwonego Rometa Ogara 205. Ten mały motorek zmienił moje życie o 180 stopni, a z zakompleksionego gówniarza, stałem się wielkim entuzjastą dwóch kółek i tak już mi zostało do dzisiaj. Ta niewielka maszyna psuła się co 10 kilometrów, ale dzięki jej awariom, nauczyłem się jak radzić sobie z śrubokrętem i kluczem dziesiątką, bo tylko tym naprawiało się Rometa.

Dzięki nawiązanym w tamtych czasach znajomościom, mam teraz co wspominać. Nie minął rok i Romet został sprzedany a jego miejsce zajął legendarny Simson. Było to śliczne czerwone Enduro ze sportowymi dodatkami i uwaga… miało niebieskie neony, które w nocy wyglądały fantastycznie. Rozpoczęły się wtedy pierwsze poważne trasy i niezapomniane zloty, na których nasze Simsony robiły furorę, odświeżając wspomnienia starych motocyklistów. Czasami jednak zdarzały się awarię, które prowadziły nas do wspólnych spotkań w garażach. Zadam Wam teraz pytanie, czy zimny browar, sączony podczas wspólnych napraw i przeróbek dobrze smakuję? Zgadliście, smakuje rewelacyjnie. Mimo to, życie motocyklisty nie zawsze jest tak różowe, jak mogłoby się wydawać. Nie zawsze są kumple i nie zawsze pogoda jest łaskawa. Jest to idealny moment na wyciszenie się i chwilę refleksji. Zdarzało mi się kilkakrotnie, po prostu wejść do garażu, usiąść na rumaku i zwyczajnie odpłynąć od rzeczywistości. Czułem wtedy nierozerwalną więź z maszyną, jakby miała duszę i osobowość. Garaż to nie tylko miejsce postoju motocykla i jego napraw, to także oaza spokoju i oderwania od codzienności. Dwa lata temu kupiłem swój pierwszy prawdziwy motocykl czechosłowackiej marki. Kiedy wracałem nim do domu, śmiałem się i płakałem jednocześnie, ale nie czułem smutku. Uświadomiłem sobie wtedy, że żyję się wrażeniami, kontaktami z ludźmi i przeżytymi chwilami, a nie pracą, remontem domu, gotowaniem czy sprzątaniem. Kiedyś kumpel zadał mi pytanie – jaki był twój najpiękniejszy moment w życiu? Nie zastanawiałem się długo, ale nic mu nie odpowiedziałem. Zapytacie dlaczego. Nie zrozumiałby. Nie mógłby sobie wyobrazić półrocznej pracy przy motocyklu, który rozebrany był do ostatniej śruby, spędzania wolnego czasu z maszyną, budzącą się powoli do życia, kiedy wszystko wokół waliło się, a życie poza garażem stawało się przygnębiające. Nie zrozumiałby mojej euforii, radosnych łez i dumy, kiedy pierwszy raz od remontu, usłyszałem ryk silnika, wchodzącego na najwyższe obroty. I w końcu, nie zrozumiałby mojego szczęścia, kiedy własnymi rękami, przywołałem coś do życia, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej było tylko zardzewiałą ramą, stojącą na nieskręconych kołach. Wisienką na torcie tego dnia był wieczór ze znajomymi. Popijaliśmy wtedy czeskiego Pilnsera, przy kultowym filmie Easy Rider.

Kiedyś na zlocie zauważyłem prostą zwyczajną WSK-ę. Była czarna i lekko zardzewiała. Ale kiedy właściciel ją odpalił, zrozumiałem, że nie było słychać silnika, to mruczała historia. To dzięki talentowi i pasji powstała Krzywa Wieża w Pizie. Tak samo jest z klasykami. Są awaryjne, niepraktyczne i drogie w eksploatacji, ale to dzięki marzeniom i miłości, jeżdżą do dzisiaj. Czy może być coś równie pięknego jak jazda motocyklem z duszą z prędkością 100 km/h? Dodajcie do tego promienie słońca i ukochaną na tylnym siedzisku. Odpowiedzcie sobie sami. Twarz mojej dziewczyny mówiła wtedy wszystko. Dobrze ją widziałem we wstecznym lusterku. Mała uradowana buzia w za dużym kasku, który co chwilę podskakiwał na nierównościach. Chwila była jednak zbyt cudowna, by zatrzymać się i poprawić zapięcie. Każdy jednoślad w dzisiejszych czasach oznacza, że jego właściciel nie utonął w szarości życia. Nie ważne czy macie chromowanego Harleya, kultowego Junaka czy ociekającą plastikiem CBR-kę, jesteśmy jedną rodziną. Bowiem motocykle to nie wszystko, ale wszystko bez nich jest niczym, a życie prawdziwego motocyklisty liczy się w kilometrach.

Przemysław Żelisko

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.

Dodaj komentarz