Carte Blanche

Nie mam zamiaru wyciągać spod kołdry batów na niedociągnięcia „Carte Blanche” (reż. Jacek Lusiński), oczywiście, jeżeli takowe były. Czasem błędy są w zamyśle, śmieję się wtedy z krytyków, którzy prężą się i wytężają, aby doszukać się szkopułów, mankamentów i potknięć w całej produkcji. Współczuję im. Zamiast cieszyć się ze sztuki, trawi i pali ich osobista idea nadkrytyki. To w ramach wstępu. Szukamy tego, co dobre w myśl zasady „Zamiast tępić zło, lepiej szerzyć dobro” A. de Saint-Exupéry.

Pierwsze wrażenie

„Carte Blanche” jest w porządku. Dzięki wspaniałemu kontrastowi, jakie stworzyły w ostatnich latach polskie produkcje, film widzi się jako wyraźnie dobry. Nareszcie odbiorca może zobaczyć obraz inaczej skonstruowany, niemonotonny, nie ten sam, co w zeszłym tygodniu, niepowielony. Do gry wchodzą świeże koncepcje, ujęcia i obrazy – są artystyczne. Operowanie ostrością i światłem, ciepłem obrazu, ujęcia, które doskonale podkreślają charakter filmu, współgrają z fabułą i podbijają opowieść jak hypeman. Kadry z dachu trolejbusu, kojarzące się mi zwykle z serialami, tym sposobem właśnie podkreślają obyczajowość filmu, charakter historii, która jest jedną z tysięcy. Skierowanie naszej uwagi na obyczajowość to zaznaczenie jej naturalności i wiarygodności. Pojawiające się ujęcia w rybim oku to skontrastowanie tego, co dzieje się z oczami bohatera opowieści, Kacpra, któremu choroba stopniowo odbiera wzrok, zawężając pole widzenia. Wszystko to przyjemnie współgra z dźwiękiem, muzyką (Paweł Lucewicz), pojawiają się pożądane smaczki jak zwracanie uwagi na wyostrzanie się słuchu, gdy traci się wzrok.

Mamy wybór, czyli podejmij wyzwanie albo odejdź w ciemność własnego żalu

W warstwie fabularnej rzetelnie pokazana jest rzeczywistość i mentalność XXI w. Nie ma tu full time happy ending story. Kacper (Andrzej Chyra) ślepnie, zaraz będzie zupełnie niewidomy, a to równa się jednoznacznie z niepełnosprawnością. Kobieta, z którą zawiązuje intymną relację gotowa jest wyjść za niego za mąż, kiedy jednak dowiaduje się o chorobie mężczyzny, decyduje się tę relację zerwać, nie brnąć w nią. Ma wybór i nie chce budować swojego życia w tym kierunku. Tu pojawia się kontrast wyborów. Kacper podejmuje wyzwanie walki ze swoją chorobą (zwróćmy uwagę na to, że już wcześniej mieszkał ze starą matką i opiekował się nią), Ewa jest inna (zaznaczają to wyraźnie sceny, kiedy spacerują razem i rozmawiają o różnicach). Ewa (Urszula Grabowska), jak większość ludzi choruje na strach przed niemocą. Heroizm, z jej punktu widzenia wyparty jest humanitaryzmem, na który i tak nie może się zdobyć – nie będę opiekować się inwalidą, nie będę wychowywać chorego dziecka, nie będę zajmować się osobą niedołężną – jest mi przykro, ale mam wybór. Walka Kacpra jest teraz widoczna na całej płaszczyźnie społecznej, jest walką z wykluczeniem. Jest subtelnie wypierany z życia również przez przyjaciela, Wiktora (Arkadiusz Jakubik), który stara się wprawdzie mu pomóc, ale nie w tę stronę, co trzeba. Bohater zostaje skreślony jako głowa rodziny, której partnerka w nim szuka. Misja nauczyciela wstępuje w takim razie na pierwszy plan. Staje się sensem istnienia, byciem potrzebnym, jedyną furtką do świata, w której Kacper stoi okoniem, bo Thomas Jefferson podpowiada cicho „nie poddawaj się, żyj”, „człowiek, który żyje jak zboże staje się słomą historii”. I chciałem ten cytat pominąć, ale, Boże, to takie dobre! Właśnie takie zabiegi jak umieszczenie mocnej kwestii, dobrego cytatu sprawiają, że coś chce się zobaczyć, usłyszeć, przeczytać raz jeszcze.

Co jeszcze

Odkąd zanik wzroku zaczyna gwałtownie postępować życie Kacpra to poruszanie po wybielającej się mapie. Wszystko, co było mu jeszcze chwile temu znane: topografia miasta, układy korytarzy, czy miejsca przedmiotów we własnym domu widniało jak na mapie. W ciągu krótkiego czasu wszystko na tej mapie znika. Bardzo lubię takie smaczki, gdy drobiazgi współpracują. Choć sam tytuł nie jest tu w prawdzie czymś, co można zaliczyć do szczegółów, właśnie on powinien być transparentny i tu taki mamy. Same dialogi, mimo że czasem mogą wydać się osobliwe, są takie, ponieważ wtórują głównemu wątkowi. Dużo gier słów, używanie czasowników związanych ze wzrokiem. Za scenariusz też odpowiedzialny jest Jacek Lusiński, co pokazuje jak dobry efekt odnosi spójność wizji scenarzysty z reżyserem. Sam zabieg używania takich adekwatnych gier językowych nosi w sobie wartość artystyczną, która komuś powierzchownemu może nie przypaść do gustu. Osoba taka może nazwać owe dialogi sztywnymi.

Na co nie da się nie zwrócić uwagi to otwarcie i zamknięcie filmu. Oba te momenty posługują się wyraźną przenośnią. Dla mnie cała ekranizcja nafaszerowana jest współgrającymi ze sobą metaforami. Ale może o tym, co najbardziej widoczne. Począwszy od zderzenia z zatrważającym faktem, czyli zdmuchnięcie całego porządku świata Kacpra, przez huśtawki emocjonalne, propozycje i kpiny losu, chwile bezradności i nagle urastającej motywacji, film znajduje swój finał w osobistym zwycięstwie głównego bohatera i kilku innych postaci. Obraz zamyka scena wejścia w substancję, w której główny bohater właśnie poczuł się… jak ryba w wodzie #fisheye.

O „Carte Blanche” mogę pisać i pisać. Bo da się, bo jest czytelny, prosty w odbiorze, choć nosi w sobie, kwestie poważne, BO MI SIĘ NIESAMOWICIE PODOBA. Bo zadowala mnie to, że w Polsce można zrobić dobry film. Bo pozostawia szerokie pole dla interpretacji symboli i metafor w nim zawartych. Twórcy udowadniają, że można ważki temat zawrzeć w lekkostrawnej formie, za to więc dla nich ogromne chapeau bas !

Nasz Puls: Konrad Wyrębkiewicz

Zdjęcie: Materiały Promocyjne

Zobacz więcej

Dodaj komentarz