Cała Polska liczy głosy

W życiu jest tak, że gdy robi się coś po raz pierwszy, na pewne niedociągnięcia można przymknąć oko. Zwykło się wtedy zrzucić winę na brak doświadczenia, stres, pewną niedokładność w założeniach. Potrafimy wtedy wszystko wybaczyć, bo przecież „do trzech razy sztuka”. Problem pojawia się, gdy trzeci raz za nami, a sztuka wciąż nienabyta.

Kłopoty z systemem Państwowej Komisji Wyborczej pojawiły się jeszcze przed wyborami. Coś tam naprawili, ale wieczorem, 16 listopada okazało się, że ten znowu szwankuje. Na konferencji PKW, reprezentant komisji Stanisław Zabłocki zaznaczył, że ta nie może dać gwarancji, iż system w dniu wyborów będzie działał perfekcyjnie. Może natomiast zagwarantować, że wybory będą przeprowadzone w sposób rzetelny. Dzisiaj już wiemy o jakiej rzetelności mówiono. Ręcznie liczony głosy wydają się być najlepszym sposobem na uniknięcie jakichkolwiek pomyłek i niejasności. Maszyna zawodzi, system zawodzi, ale człowiek nigdy. Najstarsi Rzymianie do swoich obliczeń używali liczydeł, i chyba nie wyszli na tym najgorzej. Jednak znajdą się i złośliwi, którzy powiedzą, że z ostatnim policzonym głosem zmieni się także ostateczny wynik wyborów. Swoją drogą, skoro nowe wagony metra się psują, drogi się psują, Pendolino się psuje, to dlaczego serwer miałby się nie zepsuć?

Jedno foux pas mogliśmy wybaczyć. Są liczydła, są patyczki, kalkulatory, może jakoś to będzie. Nieco trudniej wytłumaczyć incydent z kartami do głosowania. Na warszawskim Bemowie wyborcom wydawali je bez wydrukowanej jednej listy. Co ciekawe, na żądanie wyborcy, zza biureczka, wydawano poprawne, pełne karty. Ogólnie, w co najmniej kilkunastu komisjach w całym kraju wyborcy otrzymywali karty do głosowania bez kandydatów PiS. Za pośrednictwem internetu o podobnych przypadkach informowali też działacze SLD, Twojego Ruchu i lokalnych komitetów wyborczych. Chciałabym wierzyć, że to zwykła pomyłka, jednak moja wiara jest w tym temacie kulejąca. Był czas, by komisja sprawdziła karty do głosowania, co podobno zrobiła. Nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości do momentu, aż sami wyborcy poczuli się zaniepokojeni niedociągnięciami. Hokus-pokus, czary-mary, i masz karty nie do pary.

Ciekawie też było na warszawskim Mokotowie. Tam natomiast wydawano uzupełnione już karty. Postawione zostały krzyżyki przy nazwiskach kandydatów jednego z ugrupowań. Szczęście miał ten, kto kartkował broszurkę, inni, mniej przezorni, mogą teraz mieć spekulacje czy ich głos został w ogóle zliczony. A od liczby ważnie oddanych głosów zależy podział mandatów pomiędzy komitety wyborcze. Co za tym idzie, nieważnie oddane głosy mają wpływ na wynik wyborów. Sytuacja wydaje się być nieprawdopodobna, ale przecież z tego słynie Polska.

Takich wyborczych perełek było znacznie więcej. Oprócz brakujących list, kart z oddanym już głosem, można było znaleźć na przykład listy z podwójną kartą jednego komitetu. Nie obyło się także bez kupowania głosów (stawka minimalna 5 złotych).

Tym ostatnim zajęła się już policja, PKW zajął się NIK, a PiS już miał zająć się rządzeniem, gdy nagle do akcji wkroczył PSL. I choć sam prezydent stwierdza, że to czyste szaleństwo, zaraz potem dodaje, by nie dać się zwariować, bo to wszystko da się policzyć. Liczmy więc… na cud.

 

Aleksandra Dyjak

Zobacz więcej

Marcin Superczyński

Marcin Superczyński

Przez kilkanaście lat dziennikarz Polskiego Radia Lublin. Autor audycji publicystycznych i informacyjnych. Współpracował z wieloma rozgłośniami w kraju i zagranicą. Wykładowca przedmiotów dziennikarskich w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Interesuje się problematyką stosunków międzynarodowych, szczególnie relacjami polsko-ukraińskimi oraz historią Kościoła prawosławnego na Lubelszczyźnie.

Dodaj komentarz